Clipse – Let God Sort Em Out – recenzja albumu

Minęło szesnaście lat od Til the Casket Drops, ostatniego wspólnego albumu Clipse. Ale ciszy nigdy nie było. Pusha T nie tylko przetrwał jako solista – on dominował, redefiniował brzmienie ulicznego rapu. Daytona stała się punktem odniesienia, przypomnieniem, że Clipse to nie relikt. To rdzeń. Wzorzec. Fundament dla pokoleń.

W tym świetle Let God Sort Em Out nie jest wielkim comebackiem. To bardziej rozdział następny. Bracia Thornton nie próbują wskrzeszać złotej ery – nie muszą. Nadal robią to, co od zawsze robili najlepiej: opowiadają o rzeczywistości bez filtra, z chirurgiczną precyzją i bezlitosnym językiem. Tylko teraz – z odrobiną więcej cienia.

Pharrell Williams, który ponownie odpowiada za całą produkcję, nie stracił wyczucia, ale jego beaty tym razem wydają się momentami zbyt wypolerowane. Brakuje brudu, który kiedyś nadawał Clipse charakterystycznej ostrości. Weźmy Ace Trumpets – wszystko jest na swoim miejscu, ale dźwięk wydaje się… sterylny. Zbyt czysty, by bolało.

Na szczęście są też momenty, które znów tną jak brzytwa. All Things Considered pulsuje mrokiem i przestrzenią, jakby coś czaiło się tuż za rogiem. Chains & Whips z gościnnym udziałem Kendricka Lamara to czysta furia – zwrotki jak zaciśnięte pięści, które nie znają litości.

Rzuć okiem: Selena Gomez, Benny Blanco – I Said I Love You First – recenzja albumu

Na płycie pojawiają się goście – Nas, Tyler, Stove God Cooks – ale ich obecność nigdy nie przyćmiewa gospodarzy. Clipse są nadal w formie: lodowato precyzyjni, piekielnie skupieni. Najlepszy dowód? M.T.B.T.T.F. – czyli Mike Tyson Blow to the Face – utwór tak bezwzględny, że tytuł staje się obietnicą i ostrzeżeniem zarazem.

Ale nie samą agresją ten album żyje. Otwarcie – The Birds Don’t Sing – to najbardziej osobisty moment w całym dorobku duetu. Opowieść o stracie rodziców, kruchości, która przecieka przez palce. Nawet obecność Johna Legenda nie łagodzi tego bólu – refren nie koi, tylko pogłębia rezonans wersów.

To album bardziej świadomy, bardziej intymny. Clipse wciąż rapują o przemocy, o dilerce, o hierarchii ulicy – ale robią to z ciężarem doświadczenia, nie z potrzeby dominacji. Let God Sort Em Out to także płyta o stracie, o Bogu, o tym, co zostaje, gdy opadnie kurz. Ale nie mylcie introspekcji z łagodnością. Clipse nie złagodnieli. Ich rap wciąż tnie jak nóż – tylko teraz ostrze jest starsze, głębiej osadzone, bardziej osobiste. To nie pocztówka z przeszłości.

https://linktr.ee/flowpop

Let God Sort Em Out – Ocena

Let God Sort Em Out – Ocena
9 10 0 1
Let God Sort Em Out nie udaje, że coś zaczyna. To nie powrót. To ciąg dalszy. I choć nie każdy beat zachwyca świeżością, siła tej płyty nie leży w formie – tylko w treści, w głosach, które nie potrzebują hałasu, by zostać usłyszane. Clipse wracają – dojrzalsi, bardziej ludzcy, ale nadal bezlitośni. I to jest właśnie ich siła.
Let God Sort Em Out nie udaje, że coś zaczyna. To nie powrót. To ciąg dalszy. I choć nie każdy beat zachwyca świeżością, siła tej płyty nie leży w formie – tylko w treści, w głosach, które nie potrzebują hałasu, by zostać usłyszane. Clipse wracają – dojrzalsi, bardziej ludzcy, ale nadal bezlitośni. I to jest właśnie ich siła.
9/10
Total Score

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *