Żaden tytuł debiutujący w pierwszym kwartale nie mógł się równać z najnowszym filmem Joon-ho Bonga. Autor Oskarowego Parasite uznał, że warto dać Hollywood drugą szansę i tym razem udał się w kosmos z Robertem Pattinsonem. Tak powstał Mickey 17 zdecydowanie jeden z najdziwniejszych blockbusterów ostatnich lat.
W najnowszej produkcji koreańskiego twórcy poznajemy losy Mickey Barnesa, który w obliczu nieszczęśliwych zdarzeń postanawia zapisać się na wyprawę w kosmos. Ślepym trafem zgadza się na pełnienie roli Wymienialnego, a jego zadaniem jest po prostu umierać. Choć zdaje się, że śmierć jest permanentna, to nic bardziej mylnego. Za pomocą specjalnej drukarki bohater wraca do życia. My, widzowie poznajemy go po 16 zgonach, co znaczy, że przed nami tytułowy Mickey 17. Co się jednak stanie, jeśli w wyniku błędu dojdzie do zabronionego Zwielokrotnienia? Zacznie się walka o życie nie tylko protagonisty, ale i całej załogi.
Kto zna historię Bonga, wie, że ostatnia przygoda z Hollywood nie poszła mu za dobrze. Snowpiercer, choć doczekał się swoich sympatyków, to w momencie premiery nie był za dobrze przyjęty, a dodatkowo nie obronił się pod względem komercyjnym. Można było mieć lekką obawę, jak tym razem Koreańczyk poradzi sobie w amerykańskich realiach.
Rzuć okiem: Ranking filmów Bong Joon-ho

Okazuje się, że nie zawsze jest do trzech razy sztuka. Mickey 17 to z pewnością udana pozycja w filmografii Oskarowego twórcy, choć niepozbawiona wad. Jeśli miałbym znaleźć główny element, który psuje całość odbioru filmu, to jego blockbusterowość. Nawet tak nieszablonowy umysł jak Bonga musiał ugiąć się pod wymaganiami potencjalnego hitu sci-fi. Struktura filmu prowadzi nas oczywiście do typowej eskalacji akcji niczym w Marvelu, co biorąc pod uwagę, o czym jest produkcja, sprawia wrażenie niepotrzebnego elementu do całości.
Nadana charakterystyka blockbustera ma swoje przełożenie również na możliwości reżysera. Jeśli ktoś się spodziewał, że klonowanie, sci-fi i większy budżet pozwoli reżyserowi na stworzenia chorego, pokręconego dzieła, to może się srogo pomylić. Mickey 17 jest niesamowicie grzecznym i miejscami banalnym spektaklem, który nawet w zestawieniu z Snowpiercerem, czy Okją sprawia wrażenie, jakbyśmy widzieli wersję demonstracyjną pomysłów koreańskiego twórcy.
Skoro już wyrzuciłem z siebie wszelkie foszki, to już mogę się skupić na tym, jak Mickey 17 jest dobrym i ważnym dziełem. Jak to w pracy Joon-Ho Bonga podczas seansu nie bierzemy udziału w prostej, zwyczajnej ekspedycji w głąb kosmosu. Koreański reżyser wykorzystał historię Wymienialnego, żeby przekazać, co przeszkadza mu w aktualnych czasach. Z filmu wylewa się ostra krytyka religijnego oraz politycznego fanatyzmu, którego efekty możemy obserwować w trakcie trwającej ekspedycji. Dosłownie widzimy i słyszymy, jak naukowcy sami siebie ogłupiają ślepo wierząc w idee i swojego przywódcę. Nie cofną się nawet przed masowym morderstwem tylko, żeby zaspokoić swoje poglądowe ego.
Rzuć okiem: Ranking filmów Guillermo Del Toro

Uosobieniem tego zjawiska jest lider – Hieronymous Marshall. Może to tylko moje spostrzeżenie, ale ewidentnie postać grana przez Marka Ruffalo jest małym pstryczkiem w nos Donalda Trumpa. Warto przypomnieć, że to właśnie aktualny prezydent USA głośno krytykował decyzję Akademii o przyznaniu Oskarów dla Parasite. I widząc, co wyrabia były filmowy kongresmen nie trudno znaleźć odwołania do rzeczywistego polityka. Przebojowość, ciągoty do telewizji, puste frazesy, przekonanie o swojej wyjątkowości i potrzeba moralnego ustawiania wszystkich wokół to wszystko znajdziecie w Mickey 17. Dodajmy do tego próbę zakończenia problemu narkotyków na statku, a dostaniemy aktualny stan USA pod rządami Trumpa.
Jednakże najważniejszym, co się nasuwa po seansie, to pytanie Ile tak naprawdę jest warte ludzkie życie? Raz po raz słyszymy pytanie kierowane do protagonisty o uczucia związane z ciągłym umieraniem, tylko po to, żeby zaraz go zmieszać z błotem, jakby jego losy nie były ważne. W końcu sam zdecydował, że poświęci siebie w imię ekspedycji. Ale czy to powód, żeby traktować go jak rzecz? Choć ostateczny morał o istocie każdego życia jest dosyć banalny, to bardzo dobrze on współdziała z wątkami krytycznymi.
Rzuć okiem: Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat – recenzja filmu
Na koniec weźmy na tapetę bohaterów kosmicznego zamieszania. Robert Pattinson nie będzie zaskoczeniem, że skradł całe show dla siebie. Dosłownie od pierwszych chwil ma się wrażenie, jakby przyszedł na plan filmowy po prostu się bawić swoją rolą. Z wielką przyjemnością się go ogląda na ekranie, a że w pewnym momencie jest go razy 2, to tylko potęguje wrażenie. Świetnie również wypada duet Ruffalo x Collette. Nieco ugłupione małżeńtwo z wyższych sfer daje możliwość wykazać się aktorom w komediowej stylistyce, co nie jest dla nich żadną nowością. Jednakże nawet oni potrafią wzbudzić nieco grozy, kiedy zostaną do tego zmuszeni. Szkoda jedynie, że Steven Yeun nie dostał więcej czasu antenowego, a jego rola sprowadza się wyłącznie do rozprzestrzeniana nieszczęścia.



Dodaj komentarz