Playboi Carti – MUSIC – recenzja albumu

Jak z symbolu pewnego nurtu w muzyce stać się memem? Wystarczy milion razy przenosić datę premiery oczekiwanego albumu i zapewniać, że naprawdę chce się go wydać. Ale no dobra, Playboi Carti w końcu wydał swoją płytę MUSIC, ale patrząc na ostateczny efekt, myślę, że warto było jeszcze raz przełożyć. 

Ostatnie lata nie były zbyt kolorowe dla Cartiego. Od przełomowego Whole Lotta Red mija w tym roku całe 5 lat, a od tamtego czasu raper ograniczał się wyłącznie do featów. Fakt, dało mu to sporo dodatkowego rozgłosu i były one całkiem niezłe, a nawet udało się stworzyć mega hit w postaci FEIN na UTOPII Travisa Scotta. Niestety takie pojedyncze szoty nie są w stanie zaspokoić fanów. Do tego istotny element OPIUM, czyli muzyczno-modowo-życiowego nurt rozpoczęty poniekąd przez King Vampa na przełomie 2024 i 2025 roku stracił na popularności, a z pewnością nie pomagała jego twórcza posucha i tragiczne albumy Tripple Redda.

Przyszedł jednak ten moment – światło dzienne ujrzał najnowszy album Cartiego o tytule MUSIC, co pokazuje, z jakiej pozycji startuje raper, co w połączeniu z jego wysokim ego mogło zapewnić nam wyjątkowy muzyczny twór. Jednakże sam artysta na swojej płycie brzmi, jakby jedynie jej nazwa miała cokolwiek związanego z muzyką.

Rzuć okiem: Iniko – The Awakening – recenzja albumu

Zacznijmy od tego, że na MUSIC dostajemy zatrważającą liczbę tracków, bo jest ich aż 30. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że w sumie i tak nie kosztuje to nas aż tak dużo czasu, bo jedynie godzinę i szesnaście minut, to i tak można mówić o sporej przesadzie. I w tym miejscu niestety ilość nie poszła w parze z jakością.

Najnowsza płyta Cartiego to przykład idealnego albumu zyskującego na braku swojego głównego wykonawcy. Dosłownie każdy track powinien trafić do galerii najlepszych bitów 2025 roku. Nie ważne, czy chodzi o sampel, linię melodyczną, czy ogólne wstawki, za każdym razem można mówić o niesamowitej jakości prezentowanych utworów. Wszystko się psuje w momencie pojawienia się na tracku Vampa… Raperowi po pierwsze zdarza się wypaść z bitu. Jego przeforsowany, ciężki autotune po chwili zaczyna irytować, a dodatkowo brak tutaj większej zabawy tym narzędziem. Jeszcze mógłbym zrozumieć, jakby artysta próbował zaszaleć i eksperymentować. Wszystko jednak, co wydobywa się z jego ust, zlewa się w jedną papkę.

Rzuć okiem: bambi – Trap or Die – recenzja albumu

No dobra, ale taki rozchwytywany gość na featach przecież musiał ściągnąć sporo ludzi na MUSIC, co nie? Oczywiście, że tak i niestety działa to, jak miecz obusieczny. Weźmy na tapetę najczęstszego gościa na tej płycie, czyli Travisa Scotta. Dosłownie każda jego wstawka powinna być dowodem rzeczowym w sprawie o zniszczenie mienia, jakim są bity.

Nieco inaczej wygląda tutaj sprawa Kendricka Lamara. Wiem, że zaraz będzie wyciągane, że jestem ogromnym fanem talentu K-Dota, ale nawet on jest tutaj w słabej formie. Oficjalnie na albumie pojawia się dwa razy, z czego tylko jeden faktycznie wnosi coś extra do całej płyty. Mowa o GOOD CREDIT, które jest jedynym lirycznie glow-upem na MUSIC. Fajnie wypada też Young Thug w WE NEED ALL THE VIBES. Z kolei The Weeknd udowadnia, że jego udział na rapowych trackach to lepszy pomysł, niż wstawki raperów w jego utworach. Wokal Abla fajnie rozmiękcza ociężały początek krążka. Warto odnotować też obecność Skepty w TOXIC, którego w ostatnim czasie za mało w mainstreamie.

https://linktr.ee/flowpop

MUSIC – Ocena

MUSIC – Ocena
5 10 0 1
W skrócie, Playboi Carti jest niepotrzebnym dodatkiem do swojego albumu. MUSIC nie zasługuje na niskie noty tylko wyłącznie ze względu na pracę producentów.
W skrócie, Playboi Carti jest niepotrzebnym dodatkiem do swojego albumu. MUSIC nie zasługuje na niskie noty tylko wyłącznie ze względu na pracę producentów.
5/10
Total Score

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *