Od swoich początków rap był w Polsce mocno pomijany w publicznej telewizji. Wiadomo, że przedostanie się tego gatunku do mainstreamu, trochę zachwiało tą tezą, ale nadal – obecność raperów i ich twórczości jest ograniczana głównie do nagród pokroju Fryderyków. Z pomocą przyszedł Amazon, który wydał niedawno program Rap Generation będący ulicznym odpowiednikiem X-Factora.
Nie ukrywam, że byłem fanem Rap Generation od pierwszej zapowiedzi. Nie przeszkadzał mi wybór jury, który według wielu fanów gatunku był dosyć kontrowersyjny. Moją wiarą nie zachwiał nawet wybór prowadzących, za którymi delikatnie mówiąc, nie przepadam (oprócz Zalii). Mnie po prostu jarał fakt, że rap w końcu dostał jakiś format rozrywkowy. A jak jeszcze można poznać jakichś ciekawych, nowych przedstawicieli undergroundu? Kurde, no frajda murowana.
Zacznijmy jednak od tego, na czym polega Rap Generation. Standardowo podczas castingów jury, w którego skład wchodzą: Pezet, Young Leosia i Malik Montana, mają wybrać na najbardziej obiecujących młodych raperów. Po pierwszych selekcjach uczestnicy zamieszkują razem w Rap House, by przygotowywać się i szkolić pod opieką profesjonalistów ze szczególnym udziałem legendarnego producenta Sir Micha. Na zwycięzcę czeka nagroda – kontrakt z Warner Music Poland. Brzmi pretty basic, ale nadal, jak mówiłem – brakowało czegoś takiego.
Rzuć okiem: Selena Gomez, Benny Blanco – I Said I Love You First – recenzja albumu

Amazon miał wszystko, żeby ich program okazał się murowanym hitem. Niestety sami sobie nieco sknocili robotę. Rap Generation ma jedną poważną bolączkę, która skrupulatnie męczy nawet najbardziej zagorzałych widzów. Kto włączył choć jeden odcinek, wie, o czym mówię. Oczywiście chodzi o montaż. Nie wiem, skąd wziął się pomysł na taką formę łączenia poszczególnych scen. Wytłumaczę tym, co nie zdecydowali się jeszcze na rozpoczęcie swojej historii z programem. Twórcy postanowili, że całość będzie do bólu rapowa i współczesna. Sprowadza się do tego, że wiele scen łączonych za pomocą a’la tiktokowych ramek. Wiąże się z tym duża ilość niepotrzebnych elementów wylewających się na ekran. Jeszcze, kiedy mowa o samych wywiadach z uczestnikami, da radę wytrzymać. Prawdziwy problem jest w momencie występów. Robi się momentalnie ogromny chaos, w którym mamy muzykę, wypowiedzi prowadzących i innych uczestników.
No dobra jest jednak moment, kiedy zabawa formą wychodzi tutaj na plus. Podczas wykonywania kolejnych utworów praca montażem oraz kamerą wprowadza nas w stylistykę teledysku. Dzięki temu występy w Rap Generation są wzbogacane o dodatkową dynamikę. Fakt, przy pierwszym kontakcie może to nieco odstraszyć, ale ten właśnie element powinien zostać przy okazji przyszłych edycji.
Rzuć okiem: Ostatnią metę przekraczamy już tylko sami. Wywiad z Siwuzem

Całość chaosu naturalnie ustępuje w momencie scen w Rap House i to jest najlepsza część tego programu. Obserwowanie jak uczestnicy pracują nad utworami, sprawia ogromną frajdę i też pokazuje różne podejścia do pisania tekstów, czy po prostu do muzyki. Od pierwszych chwil widzimy wszelkie różnice pomiędzy młodymi artystami, a obcowanie z tym widokiem i wszystkimi dialogami pomiędzy nimi samymi, czy też gośćmi potrafi być inspirujące i budujące napięcie przed kolejnymi etapami.
Sporą obawą mogło być zestawienie jury. Sam włączając pierwszy odcinek, bałem się, że obecność Malika Montany stanie się dla mnie totalną przeszkodą. O dziwo Rap Generation znacznie poprawiło moje zdanie o raperze, a i pozytywnie wpływa na dynamikę pomiędzy jury. Często to właśnie on stanowi przeciwwagę dla Pezeta i Young Leosii, a sam nie boi się również pochwalić swoją wiedzą na temat rapu. Oczywiście zdarzają się pojedyncze potknięcia pokazujące jego hipokryzję, ale nadal zarówno on, jak i całe jury działają na korzyść programu.



Dodaj komentarz