Czy to przypadek, że wiele fanów Disneya wyrosło na creepy wielbicieli horrorów? Można zadać sobie takie pytanie, patrząc na to, jaką popularnością cieszy się trend zapoczątkowany przez Puchatka: Krew i miód. Otóż tak moi drodzy, aktualnie żyjemy w czasach, kiedy kolejne stare animacje Disneya trafiają do domeny publicznej, co daje możliwość zabawy kultowymi postaciami. Był Puchatek, nadchodzi Bambi, czy Piotruś Pan, a teraz mamy do czynienia z najdziwniejszą z tych horrorowych interpretacji. Poznajcie historię Screamboat. Krwawa Mysz.
Najnowsza pełna grozy parodia jest nieco inna od swoich poprzedników. Tutaj mówimy o przypadku, gdzie nie sama Myszka Micky trafiła do domeny publicznej, a produkcja z jej udziałem. Mowa o kultowym Parowcu Willie, który był oficjalnym debiutem tej kultowej postaci, co rozpoczęło drogę Walta Disneya do stworzenia filmowego imperium. W takim razie idąc na film, powinniście być świadomi, że twórcy Screamboat pod wieloma względami mieli zawiązane ręce, a widać to w licznych próbach zabawy w kotka i myszkę z prawami autorskimi.
Przejdźmy już jednak do samej produkcji. Screamboat. Krwawa mysz zabiera nas w podróż na Staten Island. Pasażerowie nocnego legendarnego w Nowym Jorku promu nie podejrzewają, że większość z nich nie dobije do portu. Powód jest nieco nieoczywisty. Otóż na pokładzie grasuje mordercza mysz, której cel jest prosty – zabić wszystkich na pokładzie. Gdy krew zalewa statek, a ilość trupów drastycznie rośnie, grupa pozostałych przy życiu pasażerów musi stoczyć krwawy bój o życie z (nie)przyjazną bestią.
Cóż mam Wam powiedzieć, nie trzeba oglądać zwiastuna, żeby wiedzieć, że to będzie kino niskich lotów. Ba, może to i nawet lepiej dla naszych końcowych wrażeń. Najnowsza bajkowa produkcja grozy to film dziwaczny, crindżowy, ale o dziwo mający wiele ciekawych i angażujących rozwiązań.
Rzuć okiem: Mickey 17 – recenzja filmu. Jak żyć Panie kongresmenie?

Zacznijmy może od tego elementu o najmniejszym stopniu ważności, czyli ludzkich bohaterów. Jak to w typowych horrorach bywa, mamy tu do czynienia z szybkim nakreśleniem charakteru poszczególnych postaci, ich genezy i tego, co ich doprowadziło do tego miejsca. Z pozoru na pierwszy plan wysuwa się Selina, aspirująca projektantka mody, której delikatnie mówiąc w życiu się nie powodzi. Wtóruje jej jeden z pracowników statku i ratowniczka medyczna. Szczerze? Na ekranie oprócz nich pojawia się mnóstwo innych postaci, jak na przykład moje ulubione imprezowiczki, ale zwyczajnie w wielu przypadkach twórcy nawet nie starają się im nam zaprezentować, żebyśmy się choć na chwilę przejęli ich losem. Ot, zwykłe mięso armatnie. Czy to przeszkadza? Absolutnie nie. Przecież im więcej trupów, tym więcej zabójstw, a przecież o to tu chodzi, co nie?
No właśnie, jeśli miałbym znaleźć jakiś plus mający zaprosić Was do kina, to właśnie byłby nim plan mordu naszego protagonisty. W związku z tym, że w Screamboat. Krwawa mysz pojawia się wiele osób, to Myszka miała sporo możliwości, żeby się pobawić. I choć wiele zabójstw ucieka się do zwykłych uderzeń, czy ucięć kończyn, to nadal znajdziemy parę genialnych zagrań. Moim ulubionym jest masowy mord na niższym piętrze oraz scena policjanta z pewną panią. Uwierzcie mi, warto to obejrzeć osobiście. W szczególności to drugie, bo nawet doczekało się swojej kontynuacji w kolejnym zabójstwie.
Rzuć okiem: Ranking filmów Bong Joon-ho
To wszystko byłoby nieco puste, gdyby nie główny winowajca. To właśnie nasza Krwawa mysz zasługuje tu na miano świetnego potwora. Pełna jest typowego dla Looney Tunes, czy wczesnego Disneya humoru, co potęguje absurd, jaki doświadczamy na ekranie. Jeszcze nawet doczekała się swojego chwytu reklamowego – gwizdu świetnie uzupełniającego akcję na ekranie. Powiem więcej, w scenie finałowej wybrzmiewa Marsz żałobny Chopina, więc my, Polacy doczekaliśmy się swojego udziału w kinie okołodisneyowskim. Kreacja tej postaci pod względem scenariusza jest doprawdy wspaniała i nie przeszkadza jej koślawość i brzydota.
Niestety nie można tego powiedzieć o reszcie. Scenariusz Screamboat. Krwawa mysz jest niesamowicie głupi, pisany na szybko i byle jak. Wszystkie dialogi są cholernie nienaturalne, wnioski postaci są wyssane z palca, albo nie miały prawa w ogóle się pojawić. Całe tło i kreacja otoczenia mrozi krew w żyłach, ale nie z powodu grozy, a sztuczności. Chamsko wklejona panorama Nowego Jorku, pojawiająca się miejscami sztuczna, czy nawet mój ukochany prąd i ogień. Wszystko to jest po prostu fujka, ble i się nie chce oglądać. Szkoda, że nie poświęcono na te elementy więcej uwagi, tak jak na przykład na wszystkie easter eggi, lub ucieczki od praw autorskich, które o dziwo działają i ubarwiają nam ten dziwny czas.



Dodaj komentarz