Jeśli w świecie muzyki istniałyby trylogie, które pobudzałyby wyobraźnie i oczekiwania słuchaczy, tak jak to robią w przemyśle filmowym, to zdecydowanie The Weeknd byłby autorem jednej z nich. Po Starboy i Dawn FM przyszedł czas zamknąć pewien rozdział i tym właśnie jest Hurry Up Tomorrow.
Ciężko znaleźć wokalistę, który w ostatnich latach tak rozpalałby wrażenia słuchaczy. The Weeknd od wydania swojego przebojowego Starboy z przytupem zaznaczył swoją pozycję na rynku muzycznym, która z każdym rokiem rosła. Później przychodziły kolejne hity, występ w ramach Super Bowl, czy nawet własny serial (choć tego warto nie pochwalać). Co jednak zrobić, jeśli ten etap kończy się na naszych oczach? Odpowiedzi trzeba szukać w Hurry Up Tomorrow.
Od pierwszych chwil dostajemy to, czego oczekiwalibyśmy od kanadyjskiego artysty. Potężne uderzenie syntezatorów, delikatny wokal, tak otwiera się ostatni album alter-ego Abla Makkonena Tesfaye. Wake Me Up buduje napięcie powoli, ale rozwija się z każdą chwilą. Z początku dostajemy synthową balladę uderzającą po czasie w typowe dla wokalisty taneczne rytmy. Miejscami można wręcz uslyszeć inspiracje Thrillerem Micheala Jacksona. Jednak koniec utworu zaskakuje elementem stałym dla Hurry Up Tomorrow. Otóż najnowszy album The Weeknd uderza w filmowe tony, co wiąże się z tym, że każdy kolejny utwór jest następstwem poprzedniego. W konsekwencji w przeciągu całego albumu słyszymy płynne przejścia pomiędzy piosenkami.
Rzuć okiem: Bad Bunny – DeBI TiRAR MaS FOToS – recenzja albumu
Jednakże jak można pochwalać takiego typu prowadzenie historii na swoim albumie, to fajnie by było, gdyby jednocześnie wiązało się to z jakąkolwiek muzyczną ekscytacją lub zwyczajną różnorodnością. Na całe półtorej godziny trwania albumu dostajemy dosłownie parę utworów urozmaicających te sztywne synth-popowe brzmienia. W Sao Paulo dochodzi do miksu dzwięku syntezatorów z brazylijskim funkiem. I Can’t Wait To Get There przypomina, jak dobrze słucha się The Weeknda w R&B. A takie Reflections Laughing, czy Timeless udowadniają, że Kanadyjczyk i raperzy to dobre połączenie.
Dobre? Byłoby jeszcze lepsze, gdyby Hurry Up Tomorrow był nie był tak ciężki w odbiorze. Wylewające się zewsząd syntezatory przytłaczają i nakładają niesamowity ciężar na słuchacza. Każdy kolejny utwór doprowadzał u mnie do uczucia, jakby Abel stał za mną i coraz mocniej ściskał. Nie pomagają w tym występy gościnne. Tak jak można obronić Anitte w Sao Paulo ze względu na funkowe nuty, to niestety reszta jest winna współudziału w mojej fizycznej męce. Zarówno Travis Scott, jak i Future z Playboy Cartim są raperami z ciężką charakterystyką i choć ich zwrotki dobrze działają, jako urozmaicenie dla całego albumu, to jednocześnie zagęszczają atmosferę. I gdyby ktoś pomyślał, że potem jest lepiej, to niestety się zdziwi. Otóż na dokładkę dostajemy ciężkiego kopa od Lany Del Rey w The Abbyss.
Rzuć okiem: Dwa Sławy – Dobrze by było – recenzja albumu
I cholera chciałbym pisać peany na temat Hurry Up Tomorrow, bo wszystkie utwory są przygotowane na najwyższym poziomie. Dosłownie, gdyby rozbić album na 22 osobnych elementów, to każdy z nich byłby wyjątkowy i świetny, bo po prostu są to dobre kawałki The Weeknda. Jednakże trzeba pamiętać, że te drobne, świetne kawałeczki składają się na niesamowicie przytłaczający twór.
No dobra, ale skoro kończy się pewien etap, to czy ma on jakieś odzwierciedlenie w warstwie lirycznej? Tak, ale zaskoczę Was, że działa to na korzyść artysty. Na swoim najnowszym albumie Abel mierzy się z pojęciem sławy i tego, jaki ona ma wpływ na jego życie. I to właśnie tu zaczyna się problem. The Weeknd od 15 lat był dosyć skrytą personą, o której ciężko było wyciągnąć więcej informacji. Skrycie i umiejętnie się chował przed mediami, ograniczając się wyłącznie do swojej działalności artystycznej. Stąd ciężko jest nam, słuchaczom zwyczajnie przejąć tym, że nagle postanowił się wygadać. Ciężko jest oczekiwać, że po ponad dekadzie swoistej izolacji, nagle jego fani zaczną się przejmować narzekaniami bogatego i sławnego artysty.



Dodaj komentarz